Ja , grafomanka

czwartek, 19 lutego 2009


    Po pełnej atrakcji niedzieli znalazłam się w dość trudnym położeniu. Chyba oficjalnie zostaliśmy z Maćkiem parą. Ale sytuacja była raczej dziwna. Spotykanie się z sąsiadem poziomie randkowym będzie ciekawym doświadczeniem. Tego jeszcze nie przerabiałam. Jak to będzie wyglądało? Przecież widujemy się praktycznie codziennie. To co? Będziemy się unikać i umawiać telefonicznie na spotkania? No ,nie wiem...
I dowiedzieć mi się nie było dane.
Przez dwa dni w ogóle się nie widzieliśmy; to znaczy ja go widziałam- jeździł samochodem w tę i z powrotem.
Dopiero w środę ,późnym popołudniem, pojawił się na moim podwórku. Akurat kończyłam grabić liście przy bramie.
-    Hej. Możemy pogadać?- zabrzmiało to cokolwiek oficjalnie - Chyba ,że od pracy się nie możesz oderwać...
-    Mogę. Bez żadnego problemu.- No tak ,pewnie sprawę przemyślał i już nie chce mieć ze mną nic wspólnego.- Będziemy tutaj rozmawiać, czy wejdziemy do domu?
-    Jeżeli nie masz nic przeciwko, to wolałbym w domu. Trochę zimno tutaj.
-    Poczekaj ,znowu pełno papierzysk.- zajrzałam do skrzynki na listy.- No tak, same ulotki i rachunki. Już nawet nie pamiętam, kiedy prawdziwy list dostałam, taki papierowy i nie z urzędu...
-    Też ci się marzy. Nie wiem, czy ktoś jeszcze pisze listy.
-    Pewnie nie. Dlatego żadnego nie dostałam od niepamiętnych czasów. Jeszcze moment, drewno do kominka muszę zabrać.
  Jak prawdziwy mężczyzna, Maciek zaproponował, że rozpali ogień, a mnie wysłał do kuchni, żebym zrobiła herbaty.
Porządek musi być- facet przy ogniu, a kobieta przy garach.
O rany! Czy to się kiedykolwiek zmieni?
    W kuchni spędziłam kilkanaście minut, bo zadzwoniła Mama  i musiałam z nią pogadać.
Ciekawiło ją, czy aby się nie za bardzo nie nudzę, jako bezrobotna. Pocieszyłam ją, że inteligentny człowiek zawsze znajdzie sobie jakieś zajęcie i żeby się nie martwiła.
  Kiedy wróciłam ,płomienie wesoło skakały w kominku, a drewno trzaskało. Na stole stała butelka wina. Musiał przynieść ze sobą.
Chce mnie upić i wykorzystać? A potem rzucić? Obawiam się, że to  może być za mało...
       -  Muszę ci coś powiedzieć.
   No, w końcu. Ciekawa byłam ,jak to rozegra. A ta butelczyna to na pożegnanie pewnie.
   Owszem. Na pożegnanie była. Ale nie takie, jakiego się spodziewałam. Musiał wyjechać na kilka tygodni. Żeby „pozamykać wszystkie Irlandzkie sprawy ostatecznie”.
 Dlatego też pojawił się Michał; podczas jego nieobecności ktoś musi pilnować prac w hotelu.
Wyjeżdża jutro wieczorem .A dzisiaj chce się ze mną pożegnać.
   Siedzieliśmy przed kominkiem, bardzo blisko siebie, z kieliszkami w dłoniach.
   Zaczynałam się obawiać, że to pożegnanie w jego wyobrażeniu ma wyglądać w jakiś konkretny sposób.
A na to nie byłam przygotowana.
Nie, żebym jakieś opory natury moralnej miała. Przypomniałam sobie o zaniedbaniu kosmetycznym, jakiego się dopuściłam ostatnio.
Mogłabym co prawda wyskoczyć do łazienki na chwilę; golenie nóg nie zajmie mi dużo czasu...
No nie. Widziałam to w jakimś filmie. Nie pamiętam jakim, ale Clooney zasnął podczas tej „chwili”.
Mógłby ktoś do drzwi zapukać...
Ledwo zdążyłam o tym pomyśleć, a z drzwi otworzyły się z hukiem i jak burza wpadła Malwina. Rozczochrana jak nieboskie stworzenie i ze śladami łez na policzkach.
-    Mogę u ciebie przenocować? Uciekłam z domu!
-    Co zrobiłaś?!- nie byłam pewna, czy dobrze usłyszałam
-    Uciekłam. – usiadła w fotelu- Normalnie.
-    Normalnie ?
-    No tak. I już nie wrócę...- i rozbeczała się na całego
-    Matko jedyna, Malwina! Co się stało?
-    Buuu...
-    Nie, ja nie wytrzymam. Uspokój się kobieto i gadaj zaraz, o co chodzi!
-    Buuu...
-    I co ja mam z nią zrobić?
-    Nie jestem pewien...- Maciek był chyba w większym szoku niż ja.- Spoliczkować, albo dać koniaku. Tak robią na filmach.
-    Bić jej nie będę. Koniak jest w barku. Daj kieliszek. Do Roberta zadzwonię...
-    Nie dzwoń...- przemówiła- on wie, że tu jestem.
-    Skąd niby?
-    Bo mu powiedziałam, że do ciebie jadę...Buuu...
-    No to uciekłaś z domu czy jak?
-    No uciekłam. Do ciebie...
-    Ładna mi ucieczka. – już nie wiedziałam, co myśleć- Chcesz koniaku?
-    Daj! – wzięła kieliszek i zaraz go odstawiła- Ale ja nie mogę pić...buuu...
-    Przecież i tak już nigdzie samochodem nie pojedziesz; jest po jedenastej, nie puszcze cię.
-    Ale ja jestem w ciąży...buuu...
-    Co?!- oniemiałam. Koniak przydał się mnie.- Jak to – w ciąży?
-    Normalnie. W siódmym tygodniu.
-    I dlatego uciekłaś? Robert nie jest tatusiem?
-    Pewnie że jest! – oburzyła się
-    No to o co chodzi? To raczej powód do radości, a nie tragedii.
-    Ale ja nie chcę...buuu...
 Trochę to trwało zanim udało mi się ją uspokoić. Zrobiłam jej herbaty i poszłam odprowadzić Maćka, który zbierał się do wyjścia. Wcale mu się nie dziwiłam. Wysłuchiwanie babskich histerii niekoniecznie było tym, co sobie zaplanował  w ramach dzisiejszego wieczoru.
  Skończyło się na pożegnalnym pocałunku na werandzie. Musiałam też obiecać, że w końcu nauczę się zamykać drzwi.

niedziela, 02 listopada 2008


   - Maciek, chodź tu szybko.
   - Gdzie się pali? Witam.
   - Jeszcze się nie pali. Może za chwilę. Malwina ma ci coś do powiedzenia. A, byłabym zapomniała, u tego od parkietów, to taksówką byłeś.
   - Jaką taksówką? Piłyście coś? Jeszcze południa nie ma...
   - O rany! Masz coś z Gośką? Jakie plany przyszłościowe? Ślub czy coś takiego? -moja przyjaciółka wkroczyła do akcji
   - Jakie plany? Z Gośką? Ślub? No co ty?! A dlaczego?
   - To dobrze, że się z nią nie żenisz. Wredna małpa chyba myślała inaczej.. Ona tu zaraz przyjdzie i może ci się nieźle oberwać, potem wyjaśnię za co. Wysłuchaj, co ma do powiedzenia i niech sobie idzie. A pójdzie na pewno, gwarantuję.
     Więcej powiedzieć nie zdążyła. Pukanie umarłego mogłoby obudzić. Schowałyśmy się w kuchni.
Po jakichś trzech minutach[słychać było głosy, ale słabo] Maciek wkroczył do naszej kryjówki.
   - A więc?
   - To twoja sprawka, tłumacz się.-zostawiłam ich i wyszłam do ogrodu
   Usiadłam na ławce .Właśnie gasiłam papierosa, kiedy usłyszałam:
    - To kiedy się wprowadzasz? Chętnie pomogę w               
         pakowaniu.
   - Dowcip roku! Gdzie Malwina?
   - Robi kawę.
   - Słuchaj, naprawdę nie chciałam, żeby tak wyszło. Głupio mi jak cholera, ale to nie ja ...
   - Wiem, wiem. –stanął obok -Właściwie to powinienem wam podziękować. Chciałem co prawda trochę inaczej to załatwić, ale skoro zrobiłyście to za mnie...
   - Pewnie ci się dostało? Co mówiła?- ciekawość wzięła górę nad resztkami rozsądku.
   - Bardzo oficjalnym tonem czegoś mi gratulowała i radziła, żebym się jeszcze zastanowił .W ogóle jakaś wściekła była. 
   - Pewnie że była. Skoro liczyła na zostanie panią Jankowską...
   - Znowu zaczynasz?
   - Musiała dać jej jakiś powód....
   - Może po prostu jestem świetnym facetem. I tak działam na kobiety? Że od razu chcą za mnie wychodzić.
   - Jasne.
   - No tak, w tym przypadku to nie działa.- ten uśmieszek zaczynał mnie irytować.
   - Niech ci będzie, świetny facecie. Masz szczęście, że znam możliwości tej pani. Inaczej bym ci nie uwierzyła. A jak twoje siedzenie?
   - Lepiej nie pytaj.
   - Masz przeze mnie same problemy. I nadal chcesz się w  to pakować? Nie mogę zagwarantować, że to się zmieni. Całe życie mi się takie rzeczy zdarzają.
   - Chodź no tu kłopotliwa kobieto. Przypomnij mi, za co miałem Malwinie podziękować.

   Zrobiło się całkiem miło. Niestety, nic nie może trwać wiecznie:
   - No, ładne rzeczy...
    Ten głos!
Za nami stał...Michał.
  O nie! Znowu on!
    - A na co to wygląda? Całują się przecież.- Malwina była dzisiaj   w swoim żywiole-  Przeszkadza ci to? Miałeś swoją szansę i ją zmarnowałeś. Teraz siedź cicho!
   - Co cię dzisiaj opętało? Przestań już szaleć!- musiałam ja uspokoić, zanim jeszcze bardziej namiesza w moim życiu .- Minę zobaczyłaś. Wystarczy może?
   - Mówisz? Może masz rację. Chyba troszkę przesadziłam. Przepraszam.   –zdecydowanie coś dziwnego było w jej zachowaniu.- Jakaś nabuzowana dzisiaj jestem.
   - Zauważyłam. Co się z tobą dzieje?
   - A czy ja wiem? Coś mi ostatnio odwala. Jakieś dziwnie humory mam. Chyba przekwitam.-dwie wielkie łzy zaświeciły w zielonych oczętach- Menopauza, czy co?
   - Jaka menopauza? Ty chyba faktycznie oszalałaś. Dzwonię po Roberta, może on coś na to poradzi.
    Ledwo wypowiedziałam te słowa, w progu stanął mąż Malwiny:
     - Ja z wami zwariuję. Jak już jesteście we dwie, to                wszystkiego można się spodziewać. Szukam was i szukam. Żona wyszła na kawę po siódmej. Rozumiem, dwie godziny. Ale już południe. U Anity drzwi pootwierane, w domu żywego ducha, a panie po sąsiedzku. Coście znowu wykombinowały?
    - No właśnie. Może ktoś mi w końcu wytłumaczy, o co w tym wszystkim chodzi?- odezwał się Michał- I kim była ta czarnulka? 
    - Czarnulka?- Malwina nie dawała za wygraną- Czarnulka?! To ktoś w sam raz dla ciebie. Bylibyście doskonałą parą...
    - Dość! Robert, zabieraj ją stąd, najlepiej od razu do jakiegoś lekarza. Takiego od głowy. Michał, o czarnulce dzisiaj już nie rozmawiam. Może Maciek ci opowie.  A tak w ogóle, co ty tu robisz? Z resztą, nieważne .Ja muszę się przewietrzyć. Idę na spacer. Pa.

  Dla mnie było dość wrażeń ,jak na jedno przedpołudnie. Postanowiłam wybrać się na małą wycieczkę. Tylko buty muszę zmienić i dom pozamykać.
   Jakież było moje zaskoczenie, gdy na werandzie zastałam braciszka.
    - Jeszcze jeden! Ratunku!- to jakiś szalony dzień-Już tak zawsze bez zapowiedzi będziesz przyjeżdżał?
   - Nie wiedziałem, że muszę podanie pisać. Co cię ugryzło? Mam wracać?
   - Jak chcesz.- Niczego nie potrzebowałam teraz bardziej, niż chwili samotności.
  - Anita! Co jest grane?
  - Nic szczególnego. Tylko Malina zwariowała ,a ja się chyba zakochałam.
  - Jeszcze raz. To ostatnie możesz powtórzyć?
  - Dobrze słyszałeś.-No ,to teraz się zacznie.- Wchodzisz, czy mam tak się wydzierać dalej. Może jeszcze wszyscy nie słyszeli.
  - To mogę wejść, czy nie? Przed chwilą kazałaś mi do domu wracać...
  - Właź, bo mnie zaraz coś trafi!
  - Myślałem, że to już nastąpiło...
  - Mateusz!
  - Dobra, dobra. Uspokój się i opowiadaj. Tylko z łazienki musze skorzystać.
  - To ja idę do ogrodu. Piwo biorę. Przyjdź tam.
    Pogoda była piękna .Październikowe słoneczko przygrzewało ,można było jeszcze posiedzieć na dworze.
    Zapaliłam papierosa ,oparłam się o jabłonkę i głęboko odetchnęłam. Poranne wydarzenia trochę mnie wytrąciły z równowagi. Sama do siebie powinnam mieć pretensje. Namieszałam jak diabli. Dlaczego ja nigdy nie potrafię załatwić żadnej sprawy bez zbędnych komplikacji?
  - Siostrzyczko, opowiadaj. Co znowu narozrabiałaś?
  - Dlaczego od razu „narozrabiałaś”?- udawałam oburzoną, ale Mateusz tak na mnie popatrzył, że postanowiłam odkryć karty -No dobra, nie będę kręcić. Znasz mnie.
     Zaczęłam więc opowiadać. Kiedy dobrnęłam do końca, mój ukochany braciszek zażądał kolejnej butelki piwa. Stwierdził, że ja na pewno piję od samego rana i opowiadam mu jakieś brednie; że teraz on się musi upić, żeby zrozumieć cokolwiek. No, i że wiedział, że ma szurniętą siostrę, ale nie przypuszczał, że aż tak.
Mam więc dostarczyć piwo, najlepiej w dużych ilościach, bo musimy chyba poważnie porozmawiać.

            Przyniosłam więc zapas chmielowego napoju, puszkę orzeszków i więcej papierosów. Zanosiło się na jakąś dłuższą pogadankę.
     - Teraz ja ci opowiem, co przed chwilą od ciebie usłyszałem, a potem ty mi to przetłumaczysz. Z polskiego na nasze.-zapalił, rozsiadł się wygodnie na ławce i zaczął przesłuchanie.-Jeżeli dobrze zrozumiałem; najpierw chciałaś ukatrupić Maćka swetrem, w wyniku czego on wyznał ci miłość, potem on chciał ukatrupić ciebie drzwiami, w wyniku czego ty mu miłości nie wyznałaś; od tego się zaczęło, tak?
   - Zostaw już to piwo. Bo ja na pewno nie powiedziałam ci czegoś takiego....
   - Cicho! Właśnie tego się przed chwilą od ciebie dowiedziałem .Idźmy dalej. Następnie pojawiła się jakaś ubłocona  lafirynda  i chciała się wydać za Maćka. Tego, w którym ty się nie zakochałaś. Następnie ty i Malwina zaplanowałyście zamordowanie lafiryndy niedokończoną skarpetką, w wyniku czego Maciek nadział się na jakiś szpikulec. Potem zdjął spodnie i ty się zakochałaś. Wtedy nakryła was Malwina.
   - Ja się normalnie zastrzelę!- albo to ja zwariowałam, albo mój brat. Zresztą wszystko jedno. Najwyraźniej to rodzinne.
   - Nie przerywaj! Dzisiaj rano Malwina oszalała i zaprosiła lafiryndę do ciebie na kawę, żeby jej sprzedać twój dom, bo ty mieszkasz z Maćkiem. Babsko się wkurzyło, bo już na zapowiedzi dało, więc chciało narzeczonego utłuc. Ścigałyście się więc do pałacu, żeby go ratować. Potem całowałaś się z Michałem. A on skąd się wziął w tym całym zamieszaniu? I Robert chował się w kuchni przed żoną. Tak to było?
   - To ty tak twierdzisz...-Nie wiedziałam, co  powiedzieć. Zamurowało mnie.- Aby na pewno nie masz gorączki?
   - Możliwe, że tak. Po takich wiadomościach...
   - Czy ja ci właśnie to opowiedziałam? Dokładnie to?
   - Oczywiście. Przecież tego nie wymyśliłem.
   - No to się nie dziwie, że mnie do psychiatry chcesz wysłać.- chyba ze mną jest jednak coś nie tak.- Na pewno dokładnie taką historię usłyszałeś?
   - Dokładnie to nie dam rady powtórzyć, ale tylko to zrozumiałem. A właściwie to nie zrozumiałem. Co w końcu z tą Gośką? Zabiliście ją? Bo może ty adwokata potrzebujesz? Jakby co ,to poświadczę niepoczytalność.
   - Jeszcze nikogo nie zabiłam, ale to zrobię! I to zupełnie świadomie!- wyraźnie się nabijał.
   - Najpierw musisz mnie złapać.
    Nie musiał powtarzać. Złapałam grabie[akurat stały obok]i
  zaczęliśmy się ganiać po ogrodzie. Epitetów, jakimi się przy tej okazji  obdarzaliśmy, lepiej nie powtarzać.
   Kiedy już prawie miałam Mateusza w zasięgu[grabi oczywiście],przez furtkę w murze pokazała się jakaś biała płachta.
   - Ja w pokojowych zamiarach. Nie strzelać!- zza płachty wynurzyła się głowa Maćka.
   - Co to ma być?- nie powiem, przymurowało mnie lekko do podłoża
   - Biała flaga. Nie widać? Pięć minut temu tu byłem, ale kiedy zobaczyłem, jak latasz z tym badylem, to wolałem się zabezpieczyć. Kogo tym razem chciałaś do aniołków posłać?
   - Rodzinę już zaczyna eksterminować.- mój dowcipny braciszek wylazł zza ostrokrzewu.- Chyba uratowałeś mi życie. Dziękuję.
   - Nie ma sprawy. W towarzystwie twojej siostry trzeba być zawsze czujnym. Nigdy nie wiadomo, na czym  się usiądzie.
   - Niebezpieczna bestia, to prawda.
   - Halo!- gawędzili sobie w najlepsze, jakbym wcale nie stała obok-Możecie mnie nie obgadywać? Jakbyście nie zauważyli, nadal mam w posiadaniu grabie. I nie zawaham się ich użyć.
   - Dobra, rozejm. Zgadzasz się?
   - Niech będzie chwilowe zawieszenie broni, braciszku. Potem sobie pogadamy. Idę jakiś obiad zrobić, a wy tu sobie posiedźcie.
   -  Czekaj, któraś z was prochy zgubiła-Maciek wyjął z kieszeni tekturowe ,płaskie pudełko.-To chyba na zgagę.
   - To nie moje, nie miewam zgagi. Pewnie Malwiny...Zaraz, zaraz. Czy one mają jakieś skutki uboczne? Takie na mózg ?Bo to by było jakieś wytłumaczenie.
   - Na mózg? Tabletki na zgagę? Siostro, to raczej twoje towarzystwo może źle na umysł wpłynąć...Dobra! Żartowałem! Odłóż te grabie!



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12