poniedziałek, 29 września 2008



     Po pełnym wątpliwych atrakcji tygodniu, wszystko wróciło do normy. Tęczowe barwy z mojej twarzy znikły i mogłam pójść do pracy nie wzbudzając sensacji.
   Moje stosunki z sąsiadem wróciły do normy ;spotkań uniknąć się nie dało ,ale starałam się, żeby było ich jak najmniej. Po prostu było mi głupio. Sama już nie wiedziałam, co o tym myśleć.
     W połowie września musiałam zmierzyć się z innym problemem; poważniejszym, niż  jakieś romanse. Mianowicie okazało się, że budynek w którym mieście się Muzeum, wymaga poważnego remontu i za kilka tygodni moje miejsce pracy zostanie przeniesione do innej miejscowości. Dwadzieścia kilometrów dalej. Miałam tracić połowę  dnia na dojazdy? I to bez jakiejkolwiek rekompensaty finansowej. Może to znak?- myślałam- Czas na zmiany? Tylko na co zamienię nudną, acz nie wymagającą zbytniego zaangażowania i wysiłku posadę?
    Decyzję pomógł podjąć mi braciszek.
„Rzuć to w cholerę. Bo jeszcze trochę, a sama w eksponat muzealny się zamienisz. „
Perspektywa zostania skamieliną podziałała na mnie jak płachta na byka.
Nie powiem, chcieli mnie zatrzymać; nawet jakąś skromną podwyżkę proponowali. Ale się nie dałam. Wypowiedzenie udało mi skrócić maksymalnie – popracowałam  tydzień, a potem jeszcze jakiś zaległy urlop się znalazł.
I tak zostałam bezrobotną.
       Nie. Nie zdurniałam do reszty. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że znalezienie nowej pracy nie będzie łatwe. Ale mogłam sobie pozwolić na kilka miesięcy błogiego lenistwa.
       Od kilku lat miałam na koncie „posag”. Były to pieniądze, które dostałam od rodziców. Uciułali je ,aby córeczką za mąż wydać. Kiedy jednak okazało się, że nic z tego, wpłacili je na moje konto. Postanowiłam wtedy, że ich nigdy nie ruszę. Ale cóż. Chyba nadszedł czas, aby skorzystać z prezentu.
     Rodzice przyjęli moją decyzję całkiem dobrze. Nawet mama zbytnio nie marudziła. Jednak moja przyjaciółka nie była taka wyrozumiała. Stwierdziła, że całkiem zwariowałam i powinnam jak najszybciej znaleźć jakieś zajęcie i „wyjść między ludzi” .A nie siedzieć w domu i zbijać bąki.
      A mnie to zbijanie bąków bardzo się podobało. Przynajmniej na razie.  A „między ludzi” przecież wychodziłam; do sklepu  i na pocztę. No i sąsiada spotykałam.
     A właśnie. Sąsiad.
Jako, że miałam teraz dużo wolnego czasu, widywałam go częściej. Rozmawialiśmy jak dobrzy kumple. O pogodzie , remoncie i takich tam różnościach.
 Ale jakieś to było dziwne...
Może teraz kolej na mój ruch? Chyba tak. Maciek wyraził swoje uczucia jasno. A ja? Nie mam pojęcia, co z tym zrobić...
Lepiej nie będę robić niczego, bo znowu jakiś idiotyzm wykombinuję.
Pożyjemy ,zobaczymy.
Poczekam na jakiś znak. Może coś się wydarzy?
Tylko nie komin znowu! Błagam!
  
 


                                ☼☼☼☼☼                

     Czekać długo nie musiałam...
    Na początku października  do Przygórza przyjechała  Gośka.
Siostrzenica Malinowskiej z poczty. Kiedyś spędzała tu prawie każde wakacje. Nie widziałam jej z piętnaście lat. Podobno wyszła za jakiegoś obrzydliwie bogatego faceta w podeszłym wieku i wyjechała do Szwajcarii.
Spotkałam ją w piekarni. No cóż, nie byłam tym szczególnie zachwycona. Nigdy za nią nie przepadałam. Już jako dziecko chodziła z zadartym nosem. Mieszkała w Warszawie i uważała się za lepszą od innych. Podczas gdy ja z bandą innych małoletnich letników i miejscowych grasowałam po drzewach, ona spacerowała po miasteczku. Potrafiła przebierać się trzy razy dziennie.
I odbiła Malwinie chłopaka. W wieku trzynastu lat. Nigdy nie zostało jej to wybaczone.
Chłopcy nadali jej jakieś przezwisko, ale nie mogłam sobie przypomnieć, jakie.
Wyglądała jak czarnowłosa Barbie. I niewiele się zmieniła.
     W ciągu dziesięciu minut dowiedziałam się o jej życiu w krainie zegarków i czekolady znacznie więcej, niż chciałam.
      Była słodziutka jak cukiereczek i koniecznie chciała spotkać się „przy kawusi i dobrym koniaczku” z Malwiną i ze mną.
       Tego było trochę za dużo jak dla mnie. Zbyłam ją więc brakiem czasu i obietnicą zaproszenia w najbliższym czasie.
         Po powrocie do domu od razu zadzwoniłam do Malwiny.
- Masz pozdrowienia od ukochanej koleżanki z dzieciństwa. 
- Jakiej koleżanki?
- Pamiętasz? Lato 1985 roku? Andrzejek?
- Gośka?! A myślałam ,że już nigdy o niej nie usłyszę.
- To się pomyliłaś. I lepiej, nie tylko usłyszałaś, ale będziesz miała okazję zobaczyć.
- Zobaczyć? Chyba żartujesz. Niby gdzie?
- Przyjechała.
- Niby po co? Wykończyła bogatego mężulka i poluje na następnego?
- Rozwiodła się. A na kogo ma tu polować?
- Anita! Lepiej uważaj. Ta wstrętna małpa gotowa zarzucić sieci na Maćka.
- Ale wymyśliłaś.
- Obym się myliła. Ale lepiej czuwaj nad wszystkim.
- Będę czuwać. Obiecuję.

Ta Malwina to ma pomysły. Nie może jej darować tego Andrzejka.
   Jednak ostrzeżenia przyjaciółki przypomniały mi się już następnego dnia.
    W piątkowe popołudnie, ubrana w gustowną kufajkę ,wyszłam przed dom zgrabić liście. I nagle moim oczom ukazał się następujący widok:
    Od strony kościoła nadchodziła Gośka. Biały płaszczyk i kozaczki na niebotycznych szpilkach w tym samym kolorze. O rany! ”Biała glista”- jak u Chmielewskiej.
    Zdrętwiałam. Chyba  nie wybrała się na tę „kawusię”.
   Właśnie mijała bramę wjazdową hotelu, kiedy pojawił się   samochód Maćka. I wjechał w wielka kałużę.
Jej zawartość wylądowała na nieskazitelnym stroju Małgorzaty.
    O mało nie udusiłam się ze śmiechu .Głośne wydawanie okrzyków zachwytu nie wchodziło w rachubę, na pewno by mnie usłyszała.
  Schowałam się za drzewo i czekałam na dalszy rozwój wypadków.
Rozwinęły się, ale zdecydowanie nie po mojej myśli.
   Maciek wysiadł z samochodu i zaczął przepraszać. Byłam pewna, że zaraz mu się nieźle oberwie. Jednak myliłam się. ”Błotna miss” zamiast wrzeszczeć ,wyraźnie się umizgiwała .Niestety, nie słyszałam rozmowy. Po chwili oboje znikli za bramą.
       A dokąd to? – pomyślałam i popędziłam do domu. Z okna sypialni miałam doskonały widok na sąsiedni budynek.
Weszli do środka i straciłam ich z oczu.
      Pewnie poszła umyć buziuchnę. Maciek jest po prostu uprzejmy.- to było jedyne możliwe wytłumaczenie.
    Kiedy jednak po kwadransie nikt nie pojawił się w drzwiach, zaniepokoiłam się.
    Musiałam czekać około 40- tu minut [wypaliłam pięć papierosów], żeby zobaczyć jak wychodzi. I macha śliczną łapką ,uzbrojoną w półmetrowe tipsy, na pożegnanie.
 A jeśli Malwina miała rację?
Chyba jestem zazdrosna...
Muszę coś zrobić z tą małpą, jakoś się jej pozbyć...


piątek, 26 września 2008

Robiąc wczoraj przegląd blogowych wpisów,natrafiłam na warsztatową notkę u Justyny.
I tak sobie [zazdrośnie oczywiście] pomyślałam : -Jaki piękny porządek!
Pewnie każda z dziergaczek ma taki warsztacik;mam i ja.Tyle ,ze mój ,to po prostu miejsce zbrodni;pozostałość po przejściu huraganu.
Co niektórzy[o mojej rodzinie tu myślę] zastanawiają się głośno;"Jak w takim bałaganie można coś robić?"
A  jednak można.
Rany ,okropna jestem:



No ślicznie ;to obok robótkowego fotela



A to z jego drugiej strony. Wszystko muszę mieć pod ręką....

I tak pokazałam tu mało drastyczne sceny;najgorzej jest,jak zaczynam jakąś robótkę.
Aktualnie robię tylko dwie naraz,więc i tak mało manelarstwa wyciągnięte.
No właśnie,bąbluję na niebiesko ,ale tego nie pokażę przez długi czas;nie byłabym sobą,gdybym jeszcze czegoś innego nie drutowała:



Plecy ;czarna HIMALAYA Kashmir;co to będzie ostatecznie,nie bardzo sama wiem,to taka radosna twórczość.

A,no i Korleonka do tego całego bałaganu ostatnio doszła....

Jednak nie jestem tak do końca zła;co kilka dni robię generalne porządki w tym warsztacie ; i przez kilka godzin jest nawet ładnie...
Przeważnie na weekend to mi się zdarza;tak;mąż przez dwa dni w domu
Dzisiaj właśnie taki dzień porządków nadszedł;no i mąż ma jutro urodziny...
Sprezentuję ma na tę okoliczność ...porządek!
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12